Warning: Table 'strzelecopolski1.accesslog' doesn't exist query: SELECT uid, timestamp FROM accesslog WHERE (path = 'node/1515' OR uid > 0) AND sid = 'fd98cac49d00c590f4101fb75759ec15' ORDER BY timestamp DESC LIMIT 0, 1 in /includes/database.mysql.inc on line 135
Kolonowskie z perspektywy kajaka | Strzelec Opolski
view counter

Kolonowskie z perspektywy kajaka

Kolejne ciepłe dni przed nami, ale każdy ma jeszcze w pamięci swoje poprzednie wakacyjne wypady. - Siadamy zwykle przed monitor komputera i żeglujemy po internetowej sieci – mówi żeglarz Zbigniew Machulik. - Odnajdujemy swych znajomych oraz często poznajemy nowych nieznajomych. Tak też się stało w moim przypadku, gdy udałem się na spływ w gminie Kolonowskie.
Co roku Klub Kajakowy WIKING z Gliwic organizuje Ogólnopolski Spływ Kajakowy Małą Panwią. Nad jej brzegi przybywają miłośnicy wodnych przygód, którzy z chęcią powracają do Kolonowskiego.
- Rzeka, ludzie i okolica są dla nas wielką ciekawostką, którą chcemy poznać – dodaje Machulik. Oto jego szczegółowa relacja ze spływu:
Wraz z kolegami zapakowaliśmy kajaki na przyczepę i ruszyliśmy do miejscowości Zawadzkie-Świerkle. Obozowisko znajdowało się na pięknej polanie wśród starego lasu, nad brzegiem rzeki z dala od zabudowań. Obok leśniczówka zaopatrywała nas w pitną wodę. Szybko rozbiliśmy swe namioty, by mieć czas na poznanie się. Na spływ przybyło około 200 osób, w większości z Górnego i Dolnego Śląska. Duże ognisko zapraszało każdego do ogrzania się przy nim oraz do wspólnego śpiewania przy akompaniamencie trzech gitar. Śpiewom i tańcom nie było końca. Gwieździste niebo i wspaniałe opowieści starych wilków wodnych powodowały, że w namiotach nie było prawie nikogo. Niektórzy nie spali nawet całą noc. To się nazywa kondycja.
Wczesnym rankiem, skoro świt tj. około 8.30 gramolimy się z namiotów - lekko niewyspani. Słońce już przenika przez drzewa, ognisko nadal się pali i pełno ludzi wokół niego. Sędzia zapowiada nasz start na 10.00. Ładujemy nieprzemakalne torby zastępczą odzieżą i drugie śniadanie. Dobre buty też się przydarzą, bo wody w rzece jest mało.
Mała Panew to rzeka o długości 131 km. Źródła swe ma opodal wsi Gacki, a kończy bieg w Odrze. Szlak prowadzi przez lesiste okolice i przecina atrakcyjne Jezioro Turawskie. To tyle co mówi przewodnik, a my spróbujemy sprawdzić jak jest naprawdę.
Start był okazały. Przez pierwsze 20 minut ciasno jak w ulu. Każdy rwie do przodu by zostawić ten niekończący się tłum na wodzie. Wnet przychodzi nam z pomocą matka natura. Kilka przeszkód w postaci ogromnych drzew pozwala nam wyskoczyć do przodu, zostawiając mniej wprawnych daleko z tyłu. Mariusz, Czesiek i Irek szybko przerzucają swe nowe kajaczki przez kolejne przeszkody nawet bez wysiadania z kajaka. Mój syn Mateusz cieszy się po każdej takiej zdobytej przeszkodzie. Testujemy nasz nowy GANNET na rzece, gdzie zdarza się wiele mielizn. Średnia nasza waga jest niska, więc udaje nam się z kajaka zrobić niezły ślizgacz.
Rzeka jest niezwykle urocza. Płynie przez sosnowe bory, kręcąc się ciągle z lewa na prawo. Krótkie odcinki proste dają ciekawe wrażenia niknącej rzeki w ciemnościach wielkich drzew, z których zwisają pnącza niby równikowe liany w jesiennych barwach. Nawet przy niewielkich spadkach na jazach nie pojawia się żółta piana jak na niedaleko płynącej Kłodnicy. Wśród wielu przeszkód zwykle znajdujemy mały przesmyk, gdzie mieszczą się nasze kajaki. Czasami rzeka zwęża się i nurt nabiera prędkości. Każdy próbuje swych sił na warkoczu pokonując niewielkie bystrza. Kto wprawnie czyta wodę, potrafi ominąć liczne mielizny. Rzeka jednak skutecznie potrafi zatrzymać wszystkich tych, którzy chcą płynąć nią na skróty. Wtedy zmuszeni kajakarze zaczynają się poruszać w środku kajaka dziwnymi ruchami na tzw. „kangura hip-hop”. Jeśli się nie uda, to trzeba moczyć nogi ku uciesze pozostałych kajakowiczów.
Płyniemy razem, rozmawiając o starych spływach, nowych planach i o tym, co każdego interesuje. Czasami rzeka rozlewa się szeroko na długiej prostej i można tworzyć wspólną kawiarenkę, czyli połączyć kajaki w jedną wielką tratwę. Ciepła herbatka, mocna piersiówka, przeróżne smakołyki wiążą nas w bratnią grupę. Poznajemy się coraz bardziej choć wcześniej znaliśmy się tylko z emailów.
Każdy z nas ma wiele do opowiedzenia i nawet się nie spodziewając niczego dopływamy do mostu, gdzie czeka nas przenoska przy starym młynie. Dzisiejszy etap to 23 km. Bierzemy kajaki i przenosimy je około 80 m. Za mostem rozpoczyna się już ostatni etap, gdzie zorganizowany jest wyścig na dystansie 4 km. Bierzemy w nim oczywiście udział. Wiem, że z Mateuszem nie mam szans by być lepszym od moich kolegów, którzy w załogach dwuosobowych (dwaj wprawni kajakarze) pędzą do przodu. Walczymy co sił, ponieważ chcemy się sprawdzić, a inne załogi z dziećmi chcą zdobyć upragniony medal.
Wojtek z Wojtasem, którzy dopłynęli wcześniej do mety, kibicowali nam idąc lasem naprzeciw. Bardzo miło, gdy ktoś o nas pamięta. Wreszcie dopływamy do mety, gdzie jest kolejne sędziowskie stanowisko. Przenosimy kajaki nad mostem drogowym, ponieważ betonowy jaz z murem oporowym dla kry nie pozwala, by nim spłynąć. Tuż za mostem jest nasze obozowisko. Przebieramy się w suche rzeczy i idziemy na bigos z wielką pajdą chleba.
Wieczorem ognisko i znowu wspólne śpiewy. Trochę psuje nam atmosferę przelotny deszcz, ale przy piwku, gitarze i młodych twarzach nic nam nie może odebrać radości ze wspólnego spotkania się. Jest dość ciepło, więc nikt w namiotach nie marznie.
Rano budzi nas gwizdek sędziowski. Zmęczeni nocnymi przeżyciami spoglądamy w pochmurne niebo. Deszcz wisi w powietrzu. Część kajaków wraca na samochody i ludzie rezygnują z drugiego etapu. My natomiast po smacznym śniadaniu i dobrej kawie postanawiamy płynąć dalej. Będzie mniej tłoku na wodzie, chociaż poprzedniego dnia go nie było. Okazuje się, że nasz Gannet jest trochę mniej sterowny na wodzie, ale dla osób mniej wprawnych pozwala na szybsze jego opuszczenie. Nowe wrażenia przed nami.
Kolejny etap prowadzi prosto do Kolonowskiego i liczy 25 km. Rzeka staje się coraz szersza i często zdarzają się długie proste odcinki. Mijamy kilka zabudowań i ciągle płyniemy lasem. Dolina Małej Panwi to nie tylko raj dla kajakarzy, ale przede wszystkim dla grzybiarzy oraz dla rowerzystów. Przygotowano tu dziesiątki tras rowerowych pokazując piękno tej zielonej części Śląska. Warto tu wybrać się na weekend wraz z rodzinką, by odpocząć od zgiełku dnia codziennego.
Dziś już nie musimy się ścigać, więc płyniemy na luzie robiąc długie odpoczynki bez wiosłowania. Woda sama nas niesie na swych drobnych falach. Nagle zaczyna padać drobny deszcz, ale tak gęsty, że nie widzimy się wzajemnie. Dobrze, że jesteśmy na wodzie, bo moglibyśmy się pogubić. Po chwili przechodzi czarna chmura i wychodzi słonko, które towarzyszy nam już do końca spływu. Przystajemy przy ciekawej wyspie, gdzie znajduje się ciekawa wiata, do której prowadził niedawno jeszcze chyba drewniany pomost. Niestety, ale jakieś nadprzyrodzone siły zmieniły jego położenie. Rozprostowujemy kości krótkim spacerkiem po lesie. Drugi etap płyniemy o wiele dłużej, bo więcej czasu spędzamy na rozmowach aniżeli na ściganiu się. W końcu dopływamy do mety w Kolonowskiem.
Tu po rozdaniu nagród, medali i dyplomów pakujemy sprzęt i wyruszamy do domu, by zdążyć przed chmurami, które pewnie niosą ze sobą grad i wielką ulewę. Spływ Małą Panwią należy do udanych i godny polecenia – mówi z przekonaniem Zbyszek Machulik. - Z pewnością wrócimy tu z jeszcze większą ilością znajomych.
am

Dodaj nową odpowiedź

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Images can be added to this post.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
  • You may use <swf file="song.mp3"> to display Flash files inline

Więcej informacji na temat formatowania

By submitting this form, you accept the Mollom privacy policy.