Wzgórze straceń

Wzgórze straceń

Artykuły : 
Numer wydania: 
Moja matka opowiadała mi legendę. Dawno, dawno temu diabeł opanował wzgórze między Strzelcami a Szymiszowem. Nikt nie odważył się tam zbliżać ani w dzień, ani tym bardziej w nocy. Złe moce polowały tam na prostaczków i wiodły ich na zatracenie. Ludzie wreszcie postanowili odegnać demony, stawiając na tym miejscu kościół.

Budowa świątyni nie szła jednak łatwo. Jak tylko robotnicy postawili w dzień mur, to w nocy ktoś lub coś burzył go, zarzucając głazami z okolicznych pól. Rankiem robotnicy wracali i odbudowywali zniszczony fragment muru, a nocą historia się powtarzała.

Ta przepychanka z siłami nieczystymi trwała wiele dni, aż w końcu mieszkańcy musieli uznać, że zostali pokonani. Zamiast na wzgórzu, kościół wybudowano w pobliskim Szymiszowie, pozostawiając pagórek we władaniu złych mocy. Unikano potem tego miejsca, a o klęsce budowniczych świadczyły ruiny niedokończonej świątyni.

Z rożniątowską górą związana jest też inna legenda:

Obok góry wiodła prastara droga (dziś szosa). "Kronika Tarnowska" wymieniła dwie drogi prowadzące z Opola do Strzelec. Jedna, znana jako "droga wojskowa", wiodła w średniowieczu z Opola przez Nakło, Strzelce, Tarnowskie Góry, Bytom, Kraków, Sandomierz do Rosji. Druga - z Opola po prawej stronie Odry przez Groszowice, Miedzianą, Kamień, Kalinów - do Strzelec. Więc obok Rożniątowa.

Z "Kroniki Tarnowskiej" wynika, że książę Henryk Brodaty, małżonek św. Jadwigi, używał tej drogi podczas wypraw wojennych na Kraków w latach 1234-1238, a także jego syn Henryk II Pobożny w czasie najazdu Mongołów w 1241 roku, kiedy stoczono bitwy z ich hordami, dowodzonymi przez wodza Peta, pod Raciborzem, Opolem i Legnicą. Drogą tą przemieszczały się różne kolumny wojsk. Na bazie tych wydarzeń powstała legenda o wojsku św. Jadwigi.

Niezliczona armia rycerzy i ciężko zbrojnych jeźdźców miała zebrać się pod sztandarami św. Jadwigi na wzgórzu pomiędzy Rożniątowem a Strzelcami. Wojownicy byli szkieletami, ale uzbrojonymi od stóp do głów i gotowymi do walki, z jedną nogą w strzemieniu. Tak zanurzyli się we wnętrze góry rożniątowskiej i oczekują tam na dzień, kiedy nastąpi ostateczna bitwa narodów, podczas której śpiące wojsko doprowadzi do decydującego zwycięstwa.

Niejeden wędrowiec nocujący na tej górze słyszał o północy odgłosy tupiących nogami koni wewnątrz góry...

Prawdziwa historia "Ruiny" albo "Ruinabergu" jest równie mroczna. Strzelce, które posiadały prawo miecza, wykorzystywały wzgórze do wykonywania na nim kary śmierci. W dokumentach zapisano, że egzekucji dokonywano na "Lipiczach", które ciągną się od dzisiejszych murów szpitala po sam Szymiszów. Wzgórze, oddalone od miasta, dawało jednak dobry widok na miejsce straceń.

Nie wiadomo, czy miejsce straceń na wzniesieniu było drewniane czy murowane. Zachowany rysunek ze stycznia 1537 roku ukazuje murowany "Rabenstein" w okolicy miasta. Ponieważ jednak artysta ukazał na obrazie obok siebie Strzelce i Opole, nie można mieć pewności, że murowane miejsce straceń rzeczywiście znajdowało się przy Strzelcach. Na samej Ruinie nie odnaleziono dotąd żadnych śladów dawnego miejsca wykonywania egzekucji. Śmiałkowie, którzy chcieliby tego dokonać, musieliby dziś nie tylko przedzierać się przez gęste krzaki i drzewa, ale także przekopywać przez śmieci. Wzgórze wykorzystywano przez dziesięciolecia jako darmowe śmietnisko.

Zachowane zdjęcia z lat 30. pokazują Ruinę zupełnie pozbawioną roślinności. Taka musiała też być w wiekach średnich, skoro podróżujący ze Strzelec do Opola rysownik dokładnie widział miejsce kaźni i mógł potem je uwiecznić na obrazie. Gęsta roślinność to zatem efekt ostatnich dziesięcioleci.

Znana jest dokładnie historia jednej z wykonanych tu egzekucji. 24 września 1665 roku święcenia kapłańskie przyjął baron Ferdinand Trach von Brzezie. Był on paziem na dworze biskupa wrocławskiego, Sebastiana von Rostock. Pierwotnie wyznania protestanckiego wielmoża nawrócił się na katolicyzm i wstąpił w stan kapłański. Już po trzech miesiącach otrzymał pod opiekę probostwo w Centawie. W 1674 przeniósł się do Lubowic, gdzie przebywał 20 lat. Był też kanonikiem w Raciborzu.

Koniec życia postanowił spędzić pod Górą św. Anny. Przekazał wszystkie dotychczasowe funkcje i w 1694 roku wybudował sobie tutaj pustelnię, gdzie wiódł proste życie eremity.

10 maja 1701 roku zjawił się u niego posłaniec pocztowy, który "zażądał zapłaty za przysługę sprzed dwóch lat". O jaką dokładnie przysługę chodziło - nie wiadomo. Między pustelnikiem a posłańcem doszło do ostrej sprzeczki, podczas której ten drugi chwycił za włócznię i przebił starca dwukrotnie. Ciężko ranny zmarł następnego dnia, zdążywszy wcześniej się wyspowiadać i sporządzić testament.

Winnego zbrodni aresztowano i dostarczono do Strzelec. W owych czasach orzeczenia sądu przeważnie zapadały szybko i były surowe. Mordercę przewieziono na górę straceń, gdzie wykonano wyrok śmierci. Wiadomo także o innych straceniach w tym miejscu. Góra zasłużyła więc sobie na ponurą sławę i w legendach mieszkańców utrwaliła się jako złe miejsce.

Ruiny, które dzisiaj widać na wzgórzu, to pozostałość budowli z XIX wieku. W 1866 roku wymieniana jest ona dość nieprecyzyjnie jako "sztuczna ruina i kaplica". Fałszywe ruiny, romantyczne miejsca tworzono wówczas powszechnie, lecz w rzeczywistości była to pozostałość po prawdziwej kaplicy.

W (najprawdopodobniej) 1838 roku hrabina Euphemia, osoba wielce pobożna, nakazała wybudować w tym miejscu kaplicę ku czci św. Floriana, patrona Suchych Łanów. Od 4 maja 1811 roku, odkąd ogromy pożar strawił połowę wsi, mieszkańcy Łanów, w rocznicę tej tragedii, obchodzili uroczystości ku czci świętego, chroniącego przed czerwonym kurem.

Kaplica miała charakter wieży postawionej w stylu gotyckim. Jej wysokość wynosiła 6-7 metrów a powierzchnia podstawy ok 10 m2. Obraz ołtarzowy, na cześć fundatorki, przedstawiał św. Euphemię, a w niszy od przedniej strony budowli ustawiono drewnianą figurę św. Floriana.

Dwie dekady później doszło do ogromnego głodu i niedostatku. W 1854 r. Euphemia postanowiła pomóc mieszkańcom, przebudowując kaplicę na kościół. Pracujący przy budowie ludzie dostawali w zamian żywność. Budowa świątyni nie została ukończona z powodu śmierci fundatorki. Niedokończony kościół z czasem popadł w ruinę, stając się źródłem legend.

Piotr Smykała, Romuald Kubik

Źródła: Mücke E., Der Ruinenberg bei Rosniontau, Aus dem Chelmer Lande, numer 11, Jahrgang 1929; Mücke E., Das schlafende heer von Rosniontau, Aus dem Chelmer Lande, numer 1, Jahrgang 1931.

Odpowiedz