Lumpenproletariat i olej na podłodze

Lumpenproletariat i olej na podłodze

Artykuły : 
Numer wydania: 
Szóstego czerwca w Kolonowskiem spotkali się absolwenci miejscowej podstawówki urodzeni w latach 1950-1956. Zjazd pod hasłem „Choć w papierach lat przybyło, to naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami”, zaczerpniętym z piosenki Maryli Rodowicz, odbył się już po raz drugi.

Spotkanie po latach to okazja do spędzenia czasu z niewidzianymi od lat znajomymi, szansa na odświeżenie dawnych kontaktów, ale przede wszystkim magiczna podróż do czasów dzieciństwa i radosnych szkolnych przygód.

Zebrani z łezką w oku, a z drugiej strony wielką radością wspominali edukacyjną codzienność lat sześćdziesiątych.

- Po latach pamięta się przede wszystkim historie dziwne i zabawne - opowiada jeden z organizatorów spotkania. - Jak na przykład ta, że podłogi w szkole przez pewien czas konserwowano olejem. A że większość z nas nie miała wtedy butów, łatwo wyobrazić sobie stan naszych nóg. Niektórzy niespecjalnie troszczyli się o ich umycie przed pójściem do szkoły, bo przecież po pierwszej lekcji wyglądały dokładnie tak, jak wieczorem dnia poprzedniego - śmieje się.

W spotkaniu uczestniczyli także nauczyciele i pracownicy szkoły. Wtedy ich praca wyglądała inaczej, niż dziś.

- Najlepiej pamiętam palenie w piecach. Najpierw same musiałyśmy węgiel zrzucić do piwnicy, a potem, w wiaderkach, wnosić do klas - mówi Krystyna Zielińska, emerytowana sprzątaczka, która pracowała w szkole w latach 1965-1993. - Zimą trzeba było palić już od 5.00, żeby było ciepło, kiedy przychodziły dzieci. Sama rozpalałam w pięciu piecach. Kiedy pojawiali się nauczyciele, ich obowiązkiem było pilnować ognia - dodaje z nostalgią pani Krystyna. - Centralne ogrzewanie założono dopiero w latach 80.

- Dzieci wtedy były jakieś inne, lepsze, co nie znaczy, że bardzo grzeczne - wspomina emerytowana nauczycielka klas młodszych i wf., Teresa Kluń, pracująca w Kolonowskiem w latach 1954-1977. - W ogóle dzieci tutaj były jakieś inne. Kiedy po 23 latach pracy przeniosłam się z powrotem z rodzinnego Sosnowca, praca w szkole nie sprawiała mi już takiej radości - mówi.

- To fakt, dzieci są teraz inne. Rodzice zresztą też - mówi Adela Mańczyk, wychowawczyni klas młodszych w latach 1960-1987. - Kiedyś nie do pomyślenia było, żeby rodzice przyszli na skargę do nauczyciela czy dyrektora. Same miały wpojone zasady przyzwoitego zachowania. Pewnie dlatego, kiedy coś przeskrobały, już w drodze do szkoły krzyczały do siebie: „Będzie apel! Będzie apel!” - śmieje się pani Adela.

W owym czasie apel organizowany nie tylko z okazji jakiegoś święta, ale także po to, aby publicznie skarcić niesfornych uczniów. Maria Balińska, była dyrektor szkoły, kiedy była naprawdę zła na uczniów, potrafiła ich wyzwać od „lumpenproletariatu”.

Zdaniem uczestników spotkania, zmieniły się czasy i zmieniła się też młodzież. Pani Adela tak wspomina jedną ze swoich uczennic, Krysię:

- Warunki były wtedy naprawdę trudne: wychowanie fizyczne w wąskim korytarzu, brak pomocy naukowych i centralnego ogrzewania, ale człowiek z tych czasów i tak najbardziej pamięta sukcesy uczniów. Na przykład to, że moje dziewczynki, w 1960 roku, zdobyły mistrzostwo województwa w piłce ręcznej - mówi z dumą pani Teresa. - Zawodniczki z Opola już wybierały sobie bluzeczki, które stanowiły główną nagrodę w turnieju, a tu przyjechało małe Kolonowskie i rozgromiło wszystkie drużyny - uśmiecha się.

W spotkaniu po latach wzięło udział prawie 70 osób. Jak podkreślają organizatorzy, łatwiej jest przyciągnąć osoby zza granicy i te, które mieszkają w innych miastach Polski, niż tutejszych. Ewa i Józef Paruzel, uczestniczący w zjeździe, mówią zgodnie, że do przyjazdu skłoniła ich świadomość, iż niektórzy znajomi z lat szkolnych odchodzą na zawsze i spotkanie takie może być ostatnią okazją do wspólnego wspominania dzieciństwa. Twierdzą też, że wreszcie mogą spokojnie porozmawiać z nauczycielami, których zawsze się bali, a teraz dopiero zrozumieli, jak wiele im zawdzięczają. Jednak najbardziej emocjonalnie na temat powodów przyjazdu do Kolonowskiego wypowiada się Michał Krenzel, na co dzień mieszkający w Niemczech:

- Przyjechałem tutaj nie tylko po to, żeby spotkać się ze znajomymi i zobaczyć miejscowość. Przyjechałem, żeby zobaczyć ojczyznę. Bo ojczyzna jest zawsze tam, gdzie stała twoja kołyska...

Anna Szaton

Odpowiedz